Od niecałych dwóch miesięcy znowu mieszkam u mamy, bo finansowo mi się posypało. Dzisiaj odebrała za mnie zwykły list. Nie otwierała, ale na kopercie była nazwa firmy i chyba skojarzyła, o co chodzi. Zapytała wprost, czy mam kłopoty. Powiedziałem tylko „pogadamy wieczorem”, bo mnie zatkało. Mam kilka zaległości i do tej pory nic jej nie mówiłem. Już tego nie odkładam, odpisuję i wpłacam, ile mogę, tylko nadal nie mam pewności, jak długo to potrwa. Mama potrafi martwić się za wszystkich. Boję się, że jak usłyszy „długi”, to od razu zacznie proponować swoją emeryturę, a ja naprawdę tego nie chcę. Jak u was wyglądała pierwsza rozmowa z rodzicem? Mówiliście od razu konkretne kwoty czy na początku tylko, że jest problem i coś z nim robicie? Nie chcę jej kłamać, ale też nie chcę rzucić jej wszystkiego naraz. No i nie chcę mówić „mam pod kontrolą”, bo jeszcze nie mam.